Znowu obudziłam się z krzykiem i łzami w oczach. Ten przeklęty sen nie chce mi dać spokoju. Kobieta o blond włosach i oliwkowej cerze śni mi się co noc. Jest ubrana w piękną białą suknię z aksamitu, lecz w miejscu serca jest dziura z której sączy się krew. Próbuje ją zatamować, pomóc jakoś, ale bezskutecznie. Dziewczyna umiera, a ja się przebudzam. Uh, muszę wziąć się w garść.
Wstaję, ubieram moje kapcie w kształcie królików i idę do lustra. Widzę wysoką dziewczynę o czarnych jak kruk włosach. Jej zielone duże oczy są dalej czerwone od łez. Twarz ma popuchniętą, a na ustach widać grymas wewnętrznego bólu. Jest chuda i ma długie nogi. Tak, to ja. Rue Cambell.
Podchodzę do szafy pełnej spodni i koszul, ale jak zwykle zakładam dżinsy i zieloną koszulkę. W łazience parę razy przemywam twarz, ale i tak muszę się uspokoić, żeby moja buzia doszła do swojej normalnej postaci. Biorę szybki prysznic, a potem czeszę włosy i myję zęby. To już jest rutyna. Codziennie rano to samo.
Po pewnym czasie wyglądam już normalnie. Schodzę na dół, ubieram kurtkę, buty i wyruszam w poszukiwaniu jedzenia. Jest chłodno, a zimny wiatr przeszywa mnie aż do kości. Dochodzę już do miejsca spotkania z Nikolassem. Blondynem o moim wzroście i błękitnych jak morze oczach.
Gdy już czekam przed magazynem zauważam postać zbliżającą się od strony Łąki. Już z daleka go poznaję. Zielona czapa z pomponem oraz szara, gruba kurtka. To on.
-Witaj Rue. Gotowa na kolejny marny dzień w tym okropnym miejscu, w którym mieszkamy?-pyta zdenerwowany Nikolass.
To nic nowego. Nikolass jest zawsze negatywnie nastawiony do każdego początku dnia. Przejdzie mu jak coś zje.
-Tak, jestem gotowa.-odpowiadam bez wahania i uśmiecham się przyjaźnie.
Na początek postanowiliśmy iść do lasu nazbierać jabłek. Przeczołgaliśmy się pod drucianym ogrodzeniem, a następnie pobiegliśmy w głąb lasu. Nie ma mowy o ataku zwierząt, bo już zapadają w zimowy sen.
-O, jak dobrze oddychać tym świeżym powietrzem-wzdycha Nikolass
-Powietrzem się nie najemy-prycham złośliwie
-Nie denerwuj się od razu! Co cię tak nagle ugryzło?!
Nie zamierzam mu odpowiadać, bo on dobrze wie, co mi jest. Mimo tego, że każdy ma hektar pola to my nie możemy brać zboża. Wszystko trafia do stolicy. Jedynie co mamy to rośliny.
Na jesień jest najgorzej. Jedynym pozytywem są owoce na drzewach, ale większość zostawia się na zimę, bo wtedy już w ogóle nie ma co do gara włożyć. Co dwa dni spotykamy się z Nikolassem i wybieramy się do lasu, żeby znaleźć coś do jedzenia, mimo że grozi nam za to kara śmierci. Nikolass i tak ma dobrze. Jego ojciec jest znanym kupcem, ale ma piątkę dzieci i żonę do wykarmienia, więc Niko, jako najstarszy z rodzeństwa musi też jakoś zarabiać dla rodziny. Jego wiek przeszkadzał mu w podjęciu jakiejś poważniejszej pracy, gdyż miał zaledwie 15 lat. Ja mam dwójkę rodzeństwa.
Ja mam dwójkę rodzeństwa: pięcioletnią siostrę Niss oraz czternastoletniego brata Chrissa, jako że jestem głową rodziny to muszę ich wykarmić. Co prawda to dziwne, bo mam dopiero siedemnaście lat.
Ojciec zmarł dwa lata temu. Miał wypadek w pracy na polu. Mama zaginęła. Kiedyś wyszła z domu i już nie wróciła. Bardzo przeżywaliśmy tą stratę rodziców, ale ja musiałam być twarda. Złożyłam podanie do stolicy o opiekę nad rodzeństwem. Przez rok co miesiąc sprawdzali czy jesteśmy w dobrym stanie. Gdy stwierdzili, że wszytko dobrze dali mi prawa opiekuńcze.
Doszliśmy do sadu. Ja zbierałam po lewej stronie, a on po prawej. Jak mieliśmy już pół koszyka jabłek i gruszek usłyszeliśmy szelest i łamanie gałęzi. Ktoś szedł w naszą stronę. Bez wahania wskoczyliśmy w krzaki i czekaliśmy. Po chwili zauważyłam dwie pary butów. Czarne kalosze. Nie zobaczyłam nic więcej, bo dwie postacie odeszły. Usłyszałam tylko jedno słowo.
-Uciekli!-krzyknął piskliwym głosem jeden z mężczyzn.
Założę się, że to byli Wartownicy Dobra, którzy szukali kogoś, kogo mogliby ukarać za byle co. To dla nich uciecha.
Gdy byliśmy pewni, że odeszli wróciliśmy do zbiorów. Kosze stawały się coraz cięższe. Jak napełniliśmy je po brzegi wróciliśmy do swoich domów.
Jest 6.00. Dzieci jeszcze śpią. Zdążę zrobić śniadanie i parę przetworów na zimę, ale nagle słyszę płacz. Nasłuchuje i już wiem. To Niss. Pewnie znowu miała koszmar.
Zmierzam w stronę schodów i ją widzę. Niska dziewczynka o pyzatej buzi i brązowych oczach. Jej krótkie ciemne włosy sterczały na boki, a grzywka przykryła jedno oko. W zielonej piżamie i misiem w ręce. Stoi i płacze. po chwili biegnie i ściska mnie mocno.
-Już dobrze Niss. To tylko sen.- mówię troskliwie.
-Ale oni stali w tym okręgu! Bladzi i bez oznak życia! Ty tam byłaś i Chriss też!- mówi co chwilę łkając.
-Ale to tylko sen Niss! Kochanie my tam nie trafimy!
-Obiecujesz?-pyta błagalnym tonem
-Obiecuję.
Jednak ja nie mam wpływu na to kto trafi do Okręgu Zapomnienia. Nikt na to nie ma wpływu.
Po chwili widzę Chrissa na schodach. Jest ubrany w swoją ulubioną bluzę oraz spodnie dresowe. Jego zielone oczy tryskają życiem, a twarz promienieje ze szczęścia. Zobaczył Niss i z troską pyta.
-Znowu to?
Dyskretnie kiwam głową. Po czym on przytulił mocno siostrę i pomógł jej się ogarnąć. Po jakiś 10 minutach wbiegają do kuchni śmiejąc się i skacząc.
-Chriss skąd u ciebie taki dobry humor?-pytam radośnie.
-Nie pamiętasz? Dzisiaj mam spotkanie z Glorią!- prycha lekko obrażony.
No tak zapomniałam. Mój mały Chriss idzie na swoją pierwszą randkę, Mimo tego, że ma 14 lat to przeżycia sprawiły, że stał się rozsądnym i troskliwym chłopcem. Dba o swoją siostrę jakby była jego oczkiem w głowie. Mam w nim oparcie i jestem z tego powodu szczęśliwa.
-No już siadać do śniadania, bo się do szkoły spóźnicie-mówię i podaję im płatki z mlekiem.
Po około 30 minutach byli już gotowi iść do szkoły. Odprowadziłam ich i wróciłam do pustego, cichego domu. Moje myśli dręczą obrazy kobiety ze snu i Okręgu zapomnienia.
----------------------------------------------------------------------------------
Oto pierwszy rozdział? Co myślicie? Może na początek nie jest porywający, ale mam nadzieję, że następne też przeczytacie i skomentujecie. Naprawdę mi na tym zależy. Chce wiedzieć co o tym myślicie. Pozdrawiam :)